Multi kulti już nie cool.



Kocham Londyn. Jego metropolitarny charakter, czerwone autobusy, tłumy na Trafalgar Square, komediantów na Wiktoria Embankment, przesiadywanie w pubach, kawiarniach, jedzenie kanapek na wynos i sushi na Soho.









Kocham londyńskie muzea, parki oraz sklepy. Metro, zarówno jego podziemną linię oraz tę naziemną, która pozwala na zwiedzenie miasta nieco dalej od centrum. 

Bywałam w Londynie setki razy ale po całym dniu spędzonym w mieście, marzyłam tylko o tym, by wrócić do mojego małego miasteczka, bo zaczynał mnie już męczyć. Szum samochodów oraz pęd mieszkańców i turystów, po kilku godzinach stawał się trudny do wytrzymania. I nie zazdrościłam już londyńczykom, że mogą sobie tam być przez całą dobę. Londyn zaczynał mnie w pewien sposób odpychać i czułam, że nie mam tam już więcej niż do szukania.

Po jakimś czasie zmęczenie i to dziwne uczucie mijało, zaczynała się znów tęsknota, pakowałam się w pociąg, by za niecałą godzinę znów wysiąść na Euston i iść przed siebie, powdychać nieco tego niesamowitego klimatu, powłoczyć się po ulicach, ciągnęłam czasem odwiedzającą mnie rodzinę na tour po muzeach, brałam męża i dziecko by zrobić sobie piknik w St James Parku.
Wieczorem znów wracałam do siebie z uczuciem ulgi i tak było w kółko przez te wszystkie lata, które spędziłam w Anglii.

Teraz mieszkam nieco dalej ale nadal o nim myśle. Choć w nieco inny sposób, trochę z dystansem, już nie marzę by tam znów się znaleźć. Ruszyłam
z miejsca, zmieniłam klimat, mam nowe miejsca do pokochania, zwał jak zwał. Nie planuje tam się wybrać w najbliższym czasie. Ale nadal czytam książki poświęcone jego historii, mieszkańcom czy kulturze. Taki dziwny sentyment. Może dlatego, że mam z nim związanych dużo osobistych wspomnień z najlepszego okresu w życiu. 




Książkę ''This is London. Life and Death in the World City” przeczytałam
w kilka dni i wiedziałam już, dlaczego nie chciałam nigdy tam mieszkać. Moja znajomość Londynu była bardzo powierzchowna, w głębi duszy jestem jednak małomiasteczkowym typem i wiem, że każda metropolia ma swoją bardzo ciemną stronę.

Autor ksiąki Ben Judah, były dziennikarz i rodowity londyńczyk też odczuł, że zna swoje miasto bardzo powierzchownie. Aby poznać je lepiej, udał się na kilkumiesięczną podróż po mieście, dogłębnie wnikając w jego jasne i mroczne rejony.
Spędzał czas na rozmowach z ludźmi, spał z bezdomnymi w Hyde Park Corner, odwiedzał oligrachów i filipińskich służących, którzy trafiali do niewoli swych gospodarzy i uciekali przy pomocy zorganizowanej przez swoich rodaków, również przechodzących kiedyś przez to samo.
Zapraszał do swojego samochodu prostytutki, stojące na ulicach peryferii Londynu, odwiedzał Polaków pracujących na budowach i nie znających ani słowa po angielsku ale też tych, którzy biegle mówiąc po angielsku robią karierę w korporacjach. Afrykańczyków szukających lepszego życia, Arabów, którzy go nie znaleźli ale tworzą swój mit dobrobytu na potrzeby mediów społecznościowych, bo wstyd przyznać sie całej rodzinie, że żyje mu się gorzej, niż sobie to wyobrażał. Składał wizyty w szpitalach i prosektoriach.

Ben Judah odwiedzał szkoły, w których córki radykalnych muzułmanów, malują się przed lekcjami, by przed powrotem do domu skutecznie go zmyć
i przeobrazić się ze światowych nastolatek w skromne, islamski, grzeczne dziewczynki.
Judah rozmawiał z ludźmi, którym żyje się dobrze, uczą się, pracują, bawią
i cieszą życiem, ale i też z takimi, którzy żyją z dnia na dzień, jadąc nocnym autobusem na poranną zmianę na drugim końcu miasta.
Spotykał też brytyjczyków, którzy nie radzą sobie ekonomicznie w swoim własnym kraju i często nie stać ich na slub w magistracie, biorą go we wtorek, jedyny dzień w tygodniu, gdy tego typu uroczystość kosztuje najmniej.

Obraz w jego książce jest ponury. Angielskiego Londynu już nie ma. Jest za to zlepek multi kulti, miasto kontrastów, bogatych dzielnic i slumsów, radości
i smutku. Miasto opuszczane przez rodowitych mieszkańców, którzy sprzedają swe domy, by przenieść się w inne, mniej przytłaczające rejony. Jest też złość
i bunt przeciwko takiej zmianie. Londyńczycy tego nie chcą. Chociaż kim tak naprawdę są dzisiejsi londyńczycy? 




Książka jest bardzo ciekawa, czyta się ją jednym tchem ale przebija z niej echo Brexitu i ksenofobii. Bo miasto otwarło się na przybyszów z całego świata, a teraz oskarża ich o jego obecny kształt. W zasadzie w tej książe, tylko brytyjczycy nie potrafili sobie poradzić w swym własnym mieście, gdy cała reszta, lepiej lub gorzej, próbowała żyć.

Kawał dobrego materiału ale obarczony zbyt dużym osobistym, negatywnym nastawieniem autora. Czytając ją czułam złość i zniesmaczenie do autora, którego przed lekturą podziwiałam za odwagę i poświęcenie dla dobra książki.
Mimo to polecam. Pozwala zobaczyć Londym innym, niż ten znany
z przewodników turystycznych.


Ben Judah: This is London. Life and Death in the World City. Picador, 2016

Komentarze

  1. Może przeczytam..a może lepiej nie?;) Za parę tygodni moja wizyta "muzealna" w Londynie więc pewnie pod wieczor wrócę zmęczona...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Korzystaj z pobytu w muzeach i inspiruj sie. Mnie kazda wizyta w Londynie wzbogacala o nowe doznania.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Wypalona mama