środa, 21 grudnia 2011

Dwanaście Dni Świąt

Do świąt pozostało zaledwie kilka dni.   Czas w oczekiwaniu na Boże Narodzenie mija bardzo powoli, podczas gdy same święta mijają niepostrzeżenie. A co by było gdyby  trwały dwanaśnie dni?



Holly Brown, bohaterka powieści Trishy Ashley ''Twelve days of Christmas'' nie lubi świąt. W jej rodzinnym domu purytańska babka, która ją wychowywała traktowała te dni jako tylko i wyłącznie przeżycie religijne, bez choinki, prezentów, dobrego jedzenia oraz magicznej atmosfery. Mąż Holly sprawił, że jedyne ich wspólne święta przeżyła  z radością. Niestety, wkrótce potem zmarł A Holly została pogrążoną w rozpaczy wdową. Każde kolejne święta były dla niej nieprzyjemnym wspomnieniem utraty ukochanego. 
W ciągu roku pracowała jako wzięty szef kuchni i organizator przyjęć domowych, w okresie zimowym zajmowała się opieką nad domami i całym przychówkiem osób wyjeżdzających na święta lub ferie. 
Te święta miała również spędzić w ten sposób. Cieszyła się na ten czas, gdyż kilka miesięcy wcześniej zmarła jej ukochana babcia i chciała w ciszy poukładać swoje emocje, miała też nadzieję dokończyć książkę kucharską  z przepisami na domowe przyjęcia. Dwanaście dni na odludziu, przerywane tylko obowiązkowymi spacerami z psem właścicieli i doglądaniem jego zwięrząt hodowlanych. Chciała również przeczytać pamiętnik swej babki, w którym być może znajdzie odpowiedź na pytania kim był tajemniczy Marland , z któregom imieniem na ustach zmarła. Sprawy jednak potoczyły się inaczej, na miejscu okazuje się, że całe miasteczko i rodzina jej klienta traktują jej pobyt jak sensację i nie pozwalają ani na chwile pozostać jej samej. Dziwnym trafem klient i jego cała rodzina nazywa się Marland. Holly jest przekonana, że to tylko zbieg okoliczności i szybko zaprzyjaźnia się z nimi. Lektura pamiętnika babki każe jej jednak domyślać się, że dziadek jej klienta był ukochanym babki a ona sama też należy do tej rodziny. Sprawy komplikują się, gdy między Holly a jej klientem zaczyna się uczucie.

Bardzo ciepła powieść, wprowadzająca powoli w świąteczny nastrój i przyprawiająca o burczenie w brzuchu za sprawą bardzo apetycznych wzmianek kulinarnych.


Trisha Ashley: Twelve days of Cristmas. - Avon, 2010

wtorek, 13 grudnia 2011

Miłe zaskoczenie

Szukałam niedawno lekkiej, łatwej i przyjemnej lektury do moich codziennych ''podróży'' na rowerku stacjonarnym o 7 rano.
Patrzenie w jeden punkt podczas jazdy  jest dla mnie nużące a telewizora nie posiadam, łączę więc przyjemne z pożytecznym i czytam sobie, jednocześnie spalając kalorie.
Najlepiej czyta mi się kryminały lub tzw. chic lit czyli prozę kobiecą. Mało ambitne ale w sam raz na leniwą pobudkę w zimowe poranki.

Wybrałam się do lokalnej biblioteki i zajrzałam na dział z książkami po polsku, jest ich tam niewiele, może ze dwa regały i większość z nich już czytałam. Tym razem wzięłam kilkakrotnie już odkładaną ''Zapalniczkę'' Chmielewskiej i ... wpadłam. 


Już nie raz i nie dwa próbowałam czytać jej książki ale jakoś nie przypadły mi do gustu i po kilkunastu stronach odkładałam je lub oddawałam do biblioteki. To dziwne, bo w  sumie Chmielewska jako czlowieka lubie i jednym  tchem pochłonęłam kilka tomów ''Autobiografii'' a do jej książek nie mogłam się przekonać. Chyba jedyną jej  książką jaką przeczytałam w całości  był ''Lesio'' ale nie wzbudził we mnie dzikich napadów śmiechu jak to zapewniali jej czytelnicy. 

Ta jednak mile mnie zaskoczyła, zaczęłam ją czytać na rowerku i nie mogłam się oderwać. Z rowerka zsiadłam po godzinie a książkę czytałam przez następne trzy dni w każdej wolnej chwili, nawet tak jak to robiłam za czasów studenckich, podczas gotowania :) Niejedną lekturę w ten sposób przeczytałam, aż się łezka w oku kręci na wspomnienie tamtych beztroskich czasów.

Ale wracając do ''Zapalniczki''. Nie jest to książka nowa, wyszła w 2008 roku. Bohaterką jest Joanna, osoba w dojrzałym wieku, co niejednokrotnie podkreśla. Joanna wraca z wakacji za granicą by z żalem zauważyć, że zniknęła wielka stołowa zapalniczka , prezent od dawnych przyjaciół z Danii - swoją drogą czytając książkę cały czas zastanawiałam się jak taka zapalniczka mogła wyglądać i za nic nie umiem jej sobie wyobrazić. Z pomocą przyszło mi Google ale i tak jestem pewna, że w życiu takiej na żywo nie widziałam. Podczas jej nieobecności w domu kręciła się ekipa remontowa, wpadała na zmianę przyjaciółka, siostrzenica, jej mąż i ich córka. Nikt z nich nie widział zapalniczki,  widzieli za to jak dom odwiedzał znienawidzony przez Joannę ogrodnik  - oszust i to on stał się głównym podejrzanym o kradzież zapalniczki. Nic więc prostszego niż iść do niego i ją odebrać. Jest tylko jeden mały problem - Julita, która dobrowolnie zgodziła się wybrać do ogrodnika znajduje go martwego a ją samą widzi siostra denata, która nie omieszkała podać policji dokładnego rysopisu 'zabójczyni brata''. Joanna i paczka jej znajomych zostają wplątani w kryminalną akcję, z której muszą jakość wybranąć no i oczywiście znaleźć zaginioną zapalniczkę. 

Akcja powieści jest napięta prawie do ostatniej strony, wszystko gmatwa się z minuty na minutę a samą książkę czyta się jednym tchem, wybuchając co chwilę niepohamowanym śmiechem. 

Gorąco polecam. A ja przeproszę się z Chmielewską i spróbuję jeszcze raz podejść do lektury jej powieści.